Twierdzi, że księdzu nie wypada mówić: nie obchodzi mnie, czym żyją wierni, ja się ograniczę do spraw religijnych. Dopiero na tym tle warto spojrzeć na zaangażowanie w lustrację.

Stawianie klerykom za wzór człowieka, który o mało nie został wyrzucony z seminarium, a niedawno oskarżono go o rozbijanie jedności Kościoła, może wzbudzić niechęć rektorów i magistrów nowicjatów. Z kolei wizja podwładnego, który „źle znosi wszelki przymus, wymuszanie dyscypliny”, wywoła zapewne grymas na twarzach biskupów i prowincjałów. I choć z wieloma poczynaniami autora „Mojego życia nielegalnego” można się nie zgodzić, upieram się, że ta opowieść bardziej zainspiruje i rozpali gorliwość kandydatów do kapłaństwa niż niejeden podręcznik duchowości.

Czytając tę książkę, warto na chwilę zapomnieć, że jej bohater był twarzą walki o autolustrację księży. Bo tak naprawdę trzy czwarte tego, co ma nam do powiedzenia, nie dotyczy tej kwestii.

Księdza nie może nie obchodzić

Tadeusz Isakowicz-Zaleski swoich zaangażowań nie wymyślił przy biurku. Reagował na potrzeby rzeczywistości. Podczas pobytu w Warszawie trafił przypadkiem na Mszę dla wspólnoty „Wiary i Światła”. Zaczął przełamywać opór wobec kontaktów z niepełnosprawnymi i myśleć o zorganizowaniu wspólnoty w Krakowie. Gdy jako diakon, po odroczeniu święceń kapłańskich trafił do parafii w Chrzanowie, rozpoznał w tym znak od Boga. Poczuł się posłany, by zająć się ubogimi: niepełnosprawnymi i ich rodzinami. Kiedy we wspólnotach krakowskich zaczęło się pojawiać coraz więcej upośledzonych dzieci w wieku szkolnym, stworzył dla nich wspólnotę „Małych Muminków”. Poznając coraz lepiej rodziny, dowiedział się, jak wielkim zmartwieniem rodziców jest to, co się stanie z ich dziećmi, gdy oni umrą. Postanowił stworzyć dom stałego pobytu. Tak powstało schronisko w Radwanowicach i prowadząca je Fundacja im. Brata Alberta. Dziś ta instytucja ma 1200 podopiecznych i zatrudnia 350 etatowych pracowników.

W równie naturalny sposób jego życie zostało połączone z działaniami opozycji w czasach PRL. W 1968 r. jako dwunastolatek zrywał plakaty oskarżające studentów protestujących w Warszawie. Pobyt w wojsku utwierdził go w przekonaniach antysocjalistycznych. Na terenie seminarium kolportował wydawnictwa bezdebitowe. Po sierpniu 1980 utożsamiał się z „Solidarnością”. Zainteresowała się nim SB. Władze kościelne próbowały go odsunąć od polityki, dlatego po święceniach miał wyjechać na studia do Rzymu. Nie dostał jednak paszportu. Ponieważ nie miał konkretnego przydziału,

ks. Kazimierz Jancarz poprosił go o pomoc w parafii w Mistrzejowicach. Nie odmówił. Wiedział, że jako ksiądz musi być z ludźmi prześladowanymi, więzionymi, wyrzucanymi z pracy.

W 1978 r. kard. Karol Wojtyła powiedział mu, że potrzebni są duszpasterze polskich Ormian. Kleryk Zaleski potraktował te słowa jako polecenie, ale niewiele mógł zrobić. Sytuacja zmieniła się dopiero w roku 1999, po śmierci duszpasterza Ormian ks. Kazimierza Filipiaka. „Z jednej strony miałem mnóstwo pracy i kłopotów z prowadzeniem fundacji, z drugiej – wiedziałem, że są ludzie spragnieni księdza, którymi nie ma się kto zająć”. Wspomina: „Kiedy zacząłem pracować jako duszpasterz Ormian, uświadomiłem sobie, że pamięć o ludobójstwie jest dla nich sprawą pierwszoplanową, której nie mogę pominąć”.

Obecnie duszpasterzuje Ormianom w południowej Polsce: od Zielonej Góry do Przemyśla. Doprowadził do postawienia przy kościele św. Mikołaja w Krakowie chaczkaru upamiętniającego rzeź Ormian, choć sprzeciwiał się temu ambasador Turcji, interweniował prymas, a wojewoda sprawę bojkotował. Wszyscy zarzucali ks. Tadeuszowi mieszanie się do polityki, jednak on wiedział, że „są takie sytuacje, kiedy księdzu nie wypada powiedzieć: »A guzik mnie obchodzi, czym żyją moi wierni, ja się ograniczę do spraw czysto religijnych«”.
Dopiero na tym tle warto spojrzeć na motywy jego zaangażowania w lustrację. Podobnie jak inne decyzje, nie wynikało ono z kalkulacji, ale było reakcją na głosy
ludzi. Podczas obchodów 25-lecia „Solidarności” ks. Isakowicz-Zaleski spotkał kolegów z opozycji, którzy czytając swoje akta w IPN-ie, natrafiali na nazwiska księży donosicieli. Nurtowało ich pytanie, jak to możliwe, że osoby, którym ufali, okazały się zdrajcami. Pod wpływem tych rozmów wystąpił o status pokrzywdzonego, przeczytał swoje teczki i porażony lekturą zaapelował do środowiska duchownych o samooczyszczenie. Był przekonany, że tam, gdzie zabrakło cnoty, nie może zabraknąć prawdy. Determinację w badaniach pogłębiała lojalność wobec „zmarłych przyjaciół z opozycji, przede wszystkim wobec księży Jancarza i Chojnackiego”, którzy „nadstawiali głowy, a byli wyśmiewani, uważani za wariatów czy szkodników… Pomyślałem, że trzeba opisać to, co robili, i że ja będę umiał to zrobić, bo byłem świadkiem ich działalności” – wspomina ks. Tadeusz.

Ksiądz ma stawać po stronie ubogich

Skąd pragnienie stawania po stronie ubogich i potrzebujących?

Ks. Tadeusz wskazuje trzy inspiracje. Pierwszą było spotkanie Jana Pawła II z chorymi w kościele Franciszkanów w Krakowie w 1979 r. Widział, jak Papież rozmawia z każdym, choć porządkowi go popędzają. 22-letni Zaleski zrozumiał, że ważne jest, „w jaki sposób odnosisz się do ludzi chorych, wypchniętych na margines. Że oni sami są ważni. Najważniejsi”. Literacką inspiracją był doktor Judym. Widział w nim „konspiratora, działacza społecznego, człowieka, który porzucił narzeczoną, żeby poświęcić się służbie innym, który idzie pod prąd i własne sprawy poświęca sprawie wspólnej”. Trzecią inspiracją był brat Albert. Ks. Tadeuszowi spodobało się, że robił on rzeczy niepopularne, nieefektowne. Czuł z nim duchową więź, która się pogłębiła, gdy miał problemy z ukończeniem seminarium. Przeczytał bowiem, że Święty został swego czasu wyrzucony z zakonu jezuitów.

Innym motywem działania

ks. Tadeusza jest przeciwstawianie się złu. Za najważniejsze doświadczenie życiowe, które naznaczyło jego życie, uznaje pierwszą „Solidarność”: „doświadczenie otwartego sprzeciwu wobec zła. (…) ruch ludzi, którym sumienie kazało powiedzieć: nie zgadzam się”. Nawet opiekę nad niepełnosprawnymi uważa za obronę praw i godności osób, które same nie potrafią o siebie zadbać. Kiedy chodziło o dobro człowieka, nie dbał o to, czy się komuś naraża. Nigdy też nie czekał na dekrety i wytyczne. Gdy człowiek potrzebował pomocy, gdy wołał o ratunek, zadawał pytanie o prawdę, ks. Tadeusz nie zastanawiał się, czy będzie miał warunki i środki, by sprostać sytuacji.

Ksiądz ma żyć skromnie

Gdy czytam „Moje życie nielegalne”, zastanawiam się, jak ks. Tadeusz godzi wszystkie swoje obowiązki. Kapelan „Solidarności”, prezes fundacji, duszpasterz Ormian, samotny badacz archiwów IPN-u. Od poniedziałku do piątku w Radwanowicach, weekendy wśród Ormian. Jeździł też z konwojami do Bośni, Czeczenii, na Ukrainę, bo pamięta, jak Zachód pomagał Polsce w stanie wojennym.
Rozdaje nie tylko swój czas. Dziś, gdy księżom zarzuca się pazerność, on „od brata Alberta nauczył się, żeby obracać pieniędzmi, ale się do nich nie przywiązywać”. Pierwsze pieniądze, które otrzymywał jako kapłan, przeznaczał na remont „Chorążówki” – domu wakacyjnego dla niepełnosprawnych. Jako prezes fundacji nie pobiera pensji, tylko ryczałt, który nie starcza nawet na wyjazdy służbowe. Kiedy został duszpasterzem Ormian, sam zdobywał pieniądze na niezbędne studia liturgii ormiańskiej. Utrzymuje się z intencji mszalnych i honorariów. Poza książkami i pamiątkami nie ma żadnych prywatnych rzeczy. Używa samochodu, komputera i komórki, które należą do fundacji. Gdy podróżuje, śpi u znajomych i zawsze wozi ze sobą śpiwór, a jeśli ktoś mu coś podaruje, przekazuje to któremuś z ośrodków. Ostatnim dużym wydatkiem był zakup garnituru.

Dzięki temu czuje się wolny. Twierdzi, że „seminaria nie przygotowują księży do radzenia sobie z posiadaniem”. Nie tylko klerycy, ale i zakonnicy ślubujący ubóstwo wiele mogliby się od ks. Tadeusza nauczyć.

Ksiądz na bezdroża

Jeden z rozdziałów omawianej książki nosi tytuł „Ksiądz nie
powinien być bmw”. Szukając analogii w tej samej sferze, trzeba ks. Zaleskiemu przypisać markę jakiegoś samochodu terenowego z napędem na cztery koła, poruszającego się po bezdrożach, na które nikt inny się nie wybiera. Bmw sprawdzają się na autostradach, na których dobrze oznaczona trasa nie wymaga wysiłku. Tymczasem wyzwaniem dla duszpasterza są poplątane ścieżki ludzkich biografii i życiowe manowce.

Na karoserii jeepa można zwykle zobaczyć drogę, którą przebył: jest zabłocona lub zakurzona, porysowana albo powgniatana. W podobny sposób czytam biografię ks. Tadeu-

sza, zwłaszcza fragmenty, w których pisze o bólu, samotności i poczuciu krzywdy. O tym, jak bliski był porzucenia kapłaństwa. Wiem, że za wierność Kościołowi, który zawsze utożsamiał z ludźmi, a nie z korporacją duchownych, przyszło mu słono zapłacić. Ta lektura nie jest radosna, ale pełna nadziei. Łaska buduje na naturze. Być może ten człowiek ma naturę samuraja i lubi samotną walkę, lecz jego kapłaństwo zostało poddane próbie. Dlatego z wielką ulgą przyjmuję jego deklarację. „Nie porzuciłem kapłaństwa i nie porzucę”.

Nie wiem, jak życie i działalność księdza Tadeusza ocenią Kościół i historia. Wiem, że podąża do świętości, do której wzywa go Pan Jezus. Zapewne nie ustrzegł się błędów, skoro sam mówi o wynoszeniu się ponad innych, zgorzknieniu czy nieufności, popieraniu polityków podczas wyborów. Jestem jednak również pewny, że bmw przemkną po autostradach i nie pozostanie po nich ślad. „W historii Kościoła stale się pojawiali jacyś »nieposłuszni«, buntownicy i dochodziło do zmagania tych, którzy chcieli utrzymać status quo, z tymi, którym to przeszkadzało, którzy widzieli, że Kościół w ten sposób gnuśnieje”. Na szczęście „od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” (Mt 11, 12).
o. Paweł Kozacki OP, Tygodnik Powszechny, 11 marca 2008

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Moje życie nielegalne, współpraca Wojciech Bonowicz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2008.