Ewangelia Jana 10,11-18

Jezusowa przypowieść o pasterzu, który – w przeciwieństwie do najemnika – życie swoje daje za owce. Jezus dał za nie życie, stwarzając wzór dla dusz-pasterzy.

Wczoraj była niedziela Dobrego Pasterza, zaczął się w Kościele katolickim tydzień powołań kapłańskich. W Polsce sprawa jest szczególnie aktualna, bo powołań tych teraz ubywa. Nie wiadomo, co prawda, czy jest to zjawisko chwilowe, czy też boom wieloletni się skończył na długo.

Księża, pasterze nasi dobrzy i niedobrzy. Przeczytałem właśnie książkę kapłana polskiego niewątpliwie niezwykłego: Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Rzecz wydał właśnie Znak, pod tytułem „Moje życie nielegalne” , przy współpracy „znakowego” redaktora Wojciecha Bonowicza. Bonowicz tekst mówiony nagrywał, zadawał pytania, napisał wstęp.

A tekst jest na tematy różne. Spaja go oczywiście osoba autora, jest to jego obszerna autoprezentacja (prawie 400 stron druku), ale ksiądz zajmuje się bardzo różnymi sprawami i różne swoje prace szczegółowo opisuje. Czytelnik, który kojarzy tego duchownego wyłącznie z polityką, dowie się, że jego działalność do niej wcale się nie sprowadza, że jest ona wręcz „trójpolówką”. Pole polityczne, a jakże, ale również społeczno-opiekuńcze: „muminki” i specyficznie duszpasterskie: Ormianie. Można jeszcze powiedzieć, że mamy temat czwarty, jakoś okalający tamte trzy: Kościół rzymskokatolicki w Polsce. Widzimy go tu w całej krasie, jest poniekąd bohaterem książki, na równi ze swoim księdzem. A jego opowieść o własnym życiu mógłbym nazwać kościelnie: „apologia pro vita sua”. Samoobrona. Odpowiedź na różne kościelne krytyki. Nie jest to oczywiście cały czas polemika, ale w sumie mamy tu obraz człowieka, który mieści się w eklezjalnych strukturach z największym trudem i tego nie ukrywa. No i broni się. Ktoś powiedziałby nawet, że jest to obrona przez atak – ale ja tak nie myślę. Ksiądz Zaleski zaperza się nieraz, w życiu jeszcze mocniej niż w książce – ale za dobrze znam te struktury, by nie rozumieć, że mogą drażnić potężnie.

Zaczęło się oczywiście od seminarium duchownego. Krytyka stylu czy raczej właśnie drylu wychowania seminaryjnego nie odbiega w książce od tego, co słyszę a trochę i czytam od dawna. Kleryk jest traktowany jak dziecko i to raczej głupie. Może raczej był – nie neguję jakiejś w tej pedagogii ewolucji. O ile wiem, nie ma już np. w seminarium warszawskim gwizdków – ale były. To upodobniało seminarium duchowne do całkiem nieduchownego wojska. Specyficznie rozumiane posłuszeństwo. Przyszły ksiądz Zaleski o mało nie wyleciał ze stanu duchownego już w przedbiegach, bo już wtedy był duszą rogatą.

Zapewne dzięki kardynałowi Macharskiemu skończyło się tylko na przerwie w studiach, bo ośmielił się zaproponować reformę w sposobie nauczania. W książce jest osobny rozdział pt. „Ksiądz nie powinien być BMW”, czyli bierny, mierny i wierny, ale właściwie z całego dzieła wyziera owa dusza mocno rogata. Tyle że według mnie nie są to rogi diabelskie. Tadzio – mogę tak go nazwać, bo znamy się od dawna – ma temperament zaiste potężny, język analogiczny, do dobroci anielskiej mu bardzo daleko, ale dyskredytować go nie wolno. Swoim zapałem lustracyjnym naraził się licznym „eklezjałom” (termin mój, nie jego) tak bardzo, że jak twierdzi – pewnie przesadza niewiele – psy na nim wieszają, ale on naprawdę robi też co innego.

I to bardzo, bardzo wiele. Najpierw zatem – Muminki. Całą książkę przeczytałem niemal jednym tchem, bo jest w ogóle doskonale zrobiona, ale niektóre partie czytało mi się ze szczególną ciekawością, bo temat jako dobrze znajomy wciągnął mnie już „avant la lettre”. Moja córka, właśnie z Tadziem, była w grupie młodzieży inicjującej w Polsce międzynarodowy ruch partnerstwa wobec niepełnosprawnych psychicznie. W ogóle ruch się nazywa „Wiara i Światło” (oraz „Arka”), dzieło symbolizowane wręcz przez osobę Jeana Vaniera, ale u nas przyjęła się ta nazwa pieszczotliwa, mniej patetyczna – i jej używa Tadzio. Otóż założył on w podkrakowskich
Radwanowicach a z czasem i kilku innych miejscowościach ośrodki dla takich osób. Opisuje swoje starania organizacyjne, ale również obszernie i barwnie opowiada o osobach: kapitalne są sylwetki tych Krzysiów, Kaziów, Rysiów. Nie ma tu wcale patosu i samochwalstwa: to jest po prostu dobre pisarstwo.

No i Ormianie. Tadzio jest po matce Isakowicz, ma w swym rodzie dwóch wybitnych duchownych, sam został trzecim: jest jednym z trzech duszpasterzy tego obrządku katolickiego w Polsce, faktycznie również opiekunem duchownym Ormian formalnie nie unickich, których jest w Polsce parędziesiąt tysięcy. Opowiada bardzo ciekawie i życzliwie o specyfice tego starożytnego Kościoła: bez obowiązkowego celibatu, bez obowiązkowej spowiedzi „usznej”, z wyborem biskupa przez wiernych, z paraliturgicznym zabijaniem baranka z okazji chrztu, ślubu a nawet udanej matury. Tadzio bliski mi jest swoim otwarciem ekumenicznym.

Nie tylko tym. Także wieloma poglądami kościelnymi. Na przykład koncepcją celibatu na wzór doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”, ale nieobowiązkowego, bo nie każdy człowiek do takiej ofiary zdolny, a kapłanem może być dobrym z żoną i dziećmi. No i przesłaniem, że konieczna jest większa szczerość w Kościele, pokora na urzędach duchownych, zdolność do samokrytyki.

Czy sam autor książki jest do niej zdolny? Nie sądzę, by zdawał sobie dostatecznie sprawę, że jeśli ma być lustracja, to nie może być dzika, a do takiej miał niewątpliwą skłonność. Niemniej w swojej autoapologii uderza się nieraz we własne piersi, tonuje też swoje opinie o ludziach Kościoła. I spoza Kościoła: ciepło mówi na przykład o Michniku, przecież ostrym przeciwniku lustracji, w ogóle dla wielu diable rogatym. Książka jest nie tylko bardzo ciekawa: także sympatyczna. Choć (dlatego, że?) tak mało księża.

Blog Jana Turnaua, 14 kwietnia 2008 r.