Wyszukaj w serwisie:
Sierpień 2019
Pn Wt Sr Cz Pi So Nd
1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031
 
2015-01-25
Grzegorz Braun kandydatem w wyborach prezydenckich
Kolejna zaskakująca informacja. A miała to być niemrawa kampania...
 
2015-01-25
Zaognia się podział między Polakami ws. Wschodu
Kolejny ciekawy tekst Aleksandra Szychta, historyka i publicysty z Warszawy, zajmującego się od...

O mnie
Zapraszam
Blog
Moje artykuły
Moje publikacje
Moja poezja
Życie nielegalne
Wywiady
TV, filmy i video
Kościół Ormiański
Fundacja im. Brata Alberta
Kresy Wschodnie
Ludobójstwo
   Protest przeciwko nadaniu doktoratu h.c. KUL dla Wiktora Juszczenki
   Artykuły i bieżace informacje
   Książki i relacje świadków
   Protest w sprawie Grzegorza Motyki
   Podpisy - nazwiska od A do D
   Podpisy - nazwiska od E do K
   Podpisy - nazwiska od L do R
   Podpisy - nazwiska od S do Ż
   Dwudziesta część podpisów pod protestem
   Dziewietnasta część podpisów pod protestem
   Osiemnasta część podpisów
   siedemnasta częśc podpisów pod protestem
   Szesnasta część podpisów pod protestem
   Piętnasta część podpisów pod protestem
   Czternasta część podpisów pod protestem
   Trzynasta część podpisów pod protestem
   Dwunasta część podpisów podprotestem
   Jedenasta część podpisów pod protestem
   Dziesiąta część podpisów pod protestem
   Dziewiąta część podpisów pod protestem
   Ósma część podpisów pod protestem
   Siódma część podpisów pod protestem
   Szósta część podpisów pod protestem
   Piąta część podpisów pod protestem
   Czwarta część podpisów pod protestem
   Trzecia część podpisów pod protestem
   Druga część podpisów pod protestem
   Strony internetowe
   Filmy i programy telewizyjne
   Gloryfikacja UPA i SS Galizien na Ukrainie
   Spotkania kresowe w 2008 r.
   Spotkania autorskie w 2008 r.
Solidarność
Galerie
Odeszli do Pana
Linki
Home

Ludobójstwo / Artykuły i bieżace informacje
Ludzkie zbrodnie, nieludzkie pomniki   16-07-2008, 17:46
 

Polaków mordowano celowo w sposób okrutny, mający budzić przerażenie. Ludzi rąbano toporami, przywiązywano drutem kolczastym do drzew, przybijano do chałup. Ciężarnym kobietom – wyrzynano dzieci z brzuchów.

Ofiary Wołynia traktowane są wciąż jak upiory, które straszą, zakłócają nasz spokój, należy je wygnać z pamięci. Owszem, ukazała się w 2000 r. dwutomowa praca Ewy i Władysława Siemaszków „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1944”, została nawet uhonorowana Nagrodą im. Józefa Mackiewicza (2002) – widać jednak i tytuł, i treść uznane zostały za niepoprawne, niegodne utrwalenia w polskiej pamięci. Mówiąc metaforycznie: została z niej wycofana przez media, poszła na przemiał.

Ostatnio nakładem toruńskiego wydawnictwa Adama Marszałka ukazała się książka Władysława Filara „Wydarzenia wołyńskie 1939–1944”. Jak dotąd – wzbogaca bibliotekę książek, o których polska inteligencja milczy.

Prawda za Euro

Umilkł też spór o rzeźbę Mariana Koniecznego (twórcy Nike!), która dla upamiętnienia tragedii Wołynia miała stanąć na placu Grzybowskim. Pięciopiętrowe drzewo z brązu, skrzydła zamiast konarów, do pnia przybite ciałka dzieci. To drzewo już nie męczy naszej wyobraźni.

Projekt natychmiast został zaatakowany na łamach „Gazety Wyborczej” (27 II 2007). W tekście, którego tytuł sugerował odpowiedź, Michał Wojtczuk pytał: „W stolicy stanie makabryczny pomnik ofiar UPA?”. Budowie pomnika sprzeciwiły się też „autorytety”. Były minister Bronisław Geremek uznał, że taki pomnik może obrażać Ukraińców; w imieniu władz Warszawy inteligentnie wypowiedział się wiceprzewodniczący komisji kultury Adam Cieciura (LiD): „nie znam projektu, ale nie zgodzę się na coś tak makabrycznego”! Nie zna – więc sam swoich poglądów nie wymyślił...

Fabryka poprawnych poglądów jest w innym miejscu. Wytwarza się je taśmowo w „Gazecie Wyborczej” – jak mundury. W wywiadzie z wicemarszałkiem Sejmu Jarosławem Kalinowskim („GW”, 2 II 2008) red. Paweł Smoleński pouczył i marszałka, i resztę ciemnych Polaczków: „te dzieci przybite do drzewa cofają nas do epoki, gdy obowiązkową lekturą w szkołach były »Łuny w Bieszczadach« – książka skłamana, fałszywa, plująca w twarz Ukraińcom”. Smoleński wprowadza także obowiązującą hierarchę ludobójstw. W jego klasyfikacji Wołyń należy do tych kiepściejszych: „Wołyń to chłopska wojna domowa, a chłopskie wojny są straszne” – stwierdza. I dodaje: „Po wtóre: wielu historyków uznaje, że w kontekście II wojny światowej termin »ludobójstwo« jest przynależny Auschwitz i Treblince. Na Wołyniu można mówić o czystce etnicznej, o eksterminacji, ale to nie było ludobójstwo”.

Pouczenie zalatuje nieco szantażem – jak zresztą wszystkie reguły politycznej poprawności. „Warszawka” już dawno zadekretowała, że w Auschwitz i Treblince ginęli tylko Żydzi. Zakwestionowane też zostało określenie „holocaust” w odniesieniu do Wołynia. „Warszawka” nie chce wiedzieć o Polakach pomordowanych w Auschwitz, nie chce pamiętać, że o holocauście Polaków m.in. w Powstaniu Warszawskim mówił Pius XI. Trwa obłąkany „wyścig ofiar”, trwają groteskowe opisy poprawności, mnożą się argumenty nie na temat, lecz prowadzące do jedynie słusznego wniosku: lepiej nie przypominać wołyńskiego holocaustu Polaków.

„Warszawka” zaczęła nawet mówić o „wyborze” pomiędzy „makabrycznym”, „szowinistycznym” pomnikiem a wspaniałą „instalacją”, czyli „Dotleniaczem” (elegancka kałuża z wodą), który na placu Grzybowskim zainstalowała plastyczka Joanna Rajkowska. „Warszawka” w imieniu „społeczeństwa” wybiera oczywiście „Dotleniacz”. Gdyby „Warszawka” rzeczywiście reprezentowała społeczeństwo, byłby to symbol groźny i żałosny zarazem. Dystansować zaczął się nawet Robert Wyszyński, dyrektor Instytutu Kresowego, deklarując, że nie ma nic przeciwko pomnikowi, ale... „pomnik powinien być raczej jakąś formą pojednania”. W wypowiedzi na temat sensu istnienia tegoż Instytutu radna Maria Szreder (PO) wywaliła wreszcie kawę na ławę: „Ukraina to nasz strategiczny partner, współorganizator Euro”...

Nasuwa się w tym miejscu kilka pytań, ograniczmy się do jednego: czy możliwe jest pojednanie bez poznania prawdy?

„Nad ranem 11 lipca ktoś gwałtownie zastukał do okna. To znajomy ojca przybiegł z pobliskiej kolonii Gurów z wiadomością, że Ukraińcy napadli na śpiącą wieś i zabijają wszystkich bez wyjątku. A więc przyszło to najgorsze. Pospiesznie zebraliśmy się i pobiegliśmy do czeskich Iwanicz Nowych. Ukrywaliśmy się u czeskich gospodarzy. [...] Nigdy już do domu nie wróciliśmy” (Filar, 151, dalej: F).

To cytat z „Wydarzeń wołyńskich” Filara, będzie ich więcej. Autor książki miał wówczas 17 lat. Ocalał. Inne polskie rodziny miały mniej szczęścia. „Mało kto uratował się z dwóch polskich kolonii – Gurowa i Wygnanki. Każdy dom został otoczony, napastnicy byli uzbrojeni w broń palną, siekiery, kosy, widły... Okazało się, że 11 lipca od świtu do godz. 11.00 przed południem zostały doszczętnie wymordowane położone w pobliżu Iwanicz polskie kolonie: Gurów Duży, Gurów Mały, Wygnanka, Zygmuntówka, Witoldówka i Nowiny. Zginęło tam straszną śmiercią ponad 1000 osób. W Zabłoccach zginął śmiercią męczeńską ks. proboszcz Józef Aleksandrowicz, organista i około 30 osób służby folwarcznej, 8 osób rodziny Serwatowskich oraz rodziny Kalinowskich, Puszczałowskich, Sadowskich i inni – razem około 65 osób. [...] Zaraz po rzezi, jeszcze tego samego dnia po południu nastąpił rabunek. Miejscowa ludność ukraińska z sąsiednich wsi zabierała konie, wozy, krowy, świnie, kury, ubrania, pościel i inne rzeczy pomordowanych Polaków” (F, 151–152).



To był początek ludobójstwa na Wołyniu. Między 11 a 15 lipca oddziały spod znaku UPA (Ukraińska Powstańcza Armia) i OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) zaatakowały 167 zamieszkanych przez Polaków miejscowości na terenie trzech wołyńskich powiatów: horochowskiego, łuckiego i włodzimierskiego. Raport niemieckiego kontrwywiadu z 13 lipca informował, używając określenia zalecanego współcześnie przez red. Smoleńskiego: „Nacjonaliści ukraińscy prowadzą na Wołyniu eksterminację ludności polskiej; ruch banderowski unicestwia polskich osadników na Wołyniu”.

Polaków mordowano celowo w sposób okrutny, mający budzić przerażenie. Iwan Fiodorow, dowódca operujących na Wołyniu sowieckich partyzantów, daleki od propolskich sympatii, pisał o Ukraińcach: „nie rozstrzeliwują Polaków, ale rżną ich nożami i rąbią siekierami niezależnie od wieku i płci. We wsi Tryputni zarąbali 14 polskich rodzin, następnie zaciągnęli zabitych do domu i podpalili. [...] We wsiach Berezne, Czajkowo, Cechy [...] wyrżnęli całą ludność i spalili ponad 200 zabudowań” (F, 164–165).

Szczegółowe informacje były jeszcze bardziej porażające. Ludzi rąbano toporami, przywiązywano drutem kolczastym do drzew, przybijano do chałup. Ciężarnym kobietom – wyrzynano dzieci z brzuchów. Garbusa–wioskowego kalekę przywiązano do drzewa i „wyrównywano” toporem. Przekroczona została granica ludzkiego świata. Tak jakby ktoś chciał, by została przekroczona bezpowrotnie, by nigdy już Polak nie mógł bez nienawiści myśleć o Ukraińcu. By te narody rozdzieliła wieczna przepaść.

Ofiarą ludobójstwa padło kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Dokładna liczba trudna jest do ustalenia. „Gazeta Wyborcza” zamieściła kilka lat temu cykl artykułów oWołyniu (także przeszedł bez echa!), w których pojawiały się liczby od dziesięciu do kilkudziesięciu tysięcy; Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich podało liczbę 200 tysięcy. Te dane mówią o temperaturze uczuć piszących – nie mówią o wydarzeniach.

Władysław Filar po zbadaniu wielu dokumentów i opracowań ocenia liczbę ofiar polskich na Wołyniu na 50–60 tys. Przychyla się więc do ustaleń Władysława i Ewy Siemaszków, którzy w ostrożnym rachunku podają 36 543–36 750 (w większości znanych z nazwiska) – zastrzegając, że to dane niepełne. Za najbardziej zbliżoną do prawdy uznają liczbę 50–60 tys. ofiar. W wyniku akcji odwetowych i działań samoobrony polskiej zginęło około 2200 Ukraińców.

Strona polska odniosła też ogromne straty materialne. Z 1150 osiedli polskich, liczących ponad 31 tys. zagród, zniszczonych zostało 1048 z 26 167 zagrodami. 37 polskich osiedli zniszczyli Niemcy, 66 – wojnę przetrwało. Zostały zniszczone przez władze sowieckie. Z 252 kościołów polskich na Wołyniu – zniszczono 103; 26 zwrócono wiernym po 1992 r. Sowieci zniszczyli 94 kościoły po „wyzwoleniu” – liczba porównywalna ze zniszczeniami dokonanymi przez UPA.

Ci, którzy usiłowali jakoś zrozumieć, tym samym zracjonalizować wołyński holocaust, odwoływali się do dwóch rodzajów tłumaczeń: ekonomicznych i politycznych. Próbowali z nich czasem wyciągać wnioski etyczne – co już nie bardzo wychodziło. Najczęściej, jeśli już wspominano w czasach PRL o „Wołyniu” – to tylko jako o „odwecie” uciskanych przez setki lat chłopów; apogeum ucisku miało wypaść na lata II RP.

Do podobnej argumentacji odwoływał się też Jacek Kuroń, który w wygłaszanych podczas wizyty na Ukrainie w 2002 r. przemówieniach też wspominał o tym ucisku, zaś przejęcie Kresów przez Ukraińców nazywał aktem dziejowej sprawiedliwości. (Stan wiedzy Kuronia o stosunkach polsko-ukraińskich najlepiej odzwierciedlił jego wywiad dla pisma „Postup” z 15–21 VIII 2002: „Ukraińcy tak skutecznie bronili Lwowa i Galicji przed konną armią Budionnego, że Piłsudski mógł przerzucić polskie wojska podWarszawę, gdzie odniosły one znaczące zwycięstwo nad bolszewikami”).

Filar nie polemizuje z Kuroniem ani z innymi badaczami rodem z PRL. Wraca do faktów. Próbuje zrozumieć te zbrodnie.

Tragizm był wpisany w geografię Wołynia. Ziemie mieszkających po obu stronach Bugu słowiańskich (według Filara nawet zachodniosłowiańskich) Dulebów i Bużan wyrywali sobie Polacy i Rusini, najeżdżali Tatarzy i Litwini – ci ostatni włączyli je do Wielkiego Księstwa. Po Unii Lubelskiej Wołyń wszedł w skład Rzeczypospolitej jako województwo wołyńskie. Otrzymał pełną autonomię: swobody koronne, pismo ruskie, urzędy dla miejscowych. Stolicą województwa był Łuck – miasto wielu religii, klasztorów i szkół. Nie zahamowały jego wzrostu ani najazdy Tatarów, ani wojny kozackie – nawet najbardziej krwawa z lat 1648–1651, kiedy kozaccy dowódcy palili miasta Wołynia i wyrzynali ich ludność.

Po utracie niepodległości mieszkańcy Wołynia, tak Polacy, jak i Ukraińcy, jednakowo byli prześladowani przez zaborców. Ta wspólnota losu łączyła.

W II Rzeczypospolitej sprawy były bardziej skomplikowane. Była pamięć walk o galicyjski (więc odległy geograficznie i politycznie) Lwów, ale było także braterstwo broni Piłsudskiego z Petlurą. Jeszcze bliżej były groby znaczące przemarsz Czerwonej Armii. Może dlatego petlurowcy zaczęli się skupiać wokół legalnego UNDO (Ukraińskie Narodowo-Demokratyczne Zjednoczenie). Partia ta brała udział w wyborach (w 1928 r. wprowadziła 26 posłów, w następnych wyborach – po 23), jej lider Wasyl Mudry był dwie kadencje wicemarszałkiem Sejmu RP.

Ze strony polskiej budowniczym porozumienia był wojewoda wołyński Henryk Józewski – piłsudczyk, niezły malarz i może z tego powodu wizjoner polityczny. Wołyń był w przeważającym stopniu ukraiński (68 procent Ukraińcy, Polacy – 26,6, Żydzi – 9,9). W Łucku ledwie co piąty mieszkaniec był Polakiem, we Włodzimierzu – co czwarty, na obrzeżach powiatu krzemienieckieg – co dziesiąty. Ale też piłsudczycy nie chcieli polonizować tych ziem. Wołyń miał być „ukraińskim Piemontem”!

Pozyskanie Ukraińców na Wołyniu miało służyć pozyskaniu Ukraińców z Ukraińskiej SSR, oderwaniu jej od bolszewickiej Rosji. Celem polityki Piłsudskiego pozostawała federacja. Józewski wspierał ukraińskie inicjatywy. Liczba zakładów, firm handlowych i spółdzielni ukraińskich wzrastała szybciej niż liczba polskich przedsiębiorstw; korzystny przebieg miała dla Ukraińców parcelacja ziemi – otrzymali jej więcej niż Polacy.

Antypolska propaganda wyolbrzymia czasami sprawę polskiego osadnictwa wojskowego i upatruje w nim jednej z przyczyn wołyńskich rzezi. Liczby każą odrzucić to twierdzenie: z zaplanowanych 40 tysięcy osad zrealizowano na całych Kresach tylko 8 tysięcy, na Wołyniu osadnicy objęli tylko 3432 gospodarstwa. Prowadzący w stronę pojednania i współpracy proces był jednak zakłócany, w końcu został przerwany przez ukraiński terror i przez polskie pacyfikacje. Na scenie ujawnił się trzeci gracz – OUN.

Nacjonaliści

Tajna Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) powstała w 1929 r. z połączenia kilku działających wcześniej grup. Najsilniejsza z nich była UWO – Ukraińska Organizacja Wojskowa. Numerem jeden – prowydnikiem Zarządu Zagranicznego był początkowo Jewhen Konowalec – kiedyś organizator tajnej UWO, jeszcze wcześniej dowódca Strzelców Siczowych.

Szefem Zarządu Krajowego Konowalec mianował Stepana Banderę, byłego studenta Politechniki Lwowskiej, również byłego działacza UWO. Ten jednak został aresztowany za przygotowanie zamachu na Pierackiego, otrzymał wyrok śmierci, złagodzony do dożywocia. Na stanowisku szefa krajowego zastąpił go Lew Rebet – publicysta i adwokat, również związany z UWO. W 1938 r. Konowalec został zamordowany przez agenta NKWD Pawła Sudopłatowa. Agent wziął go na przyjaźń, w dowód tejże wręczył mu bombonierkę z bombą (przepraszam za przypadkową grę słów).

Po Konowalcu szefem OUN zostanie Andrij Melnyk, z wykształcenia inżynier leśnik, były pułkownik Petlury. Nawiązał on ścisłą współpracę z Abwehrą, przyspieszył przekształcanie OUN w organizację terrorystyczną opartą na wzorach faszystowskich, szybko uzyskał efekty. Już jesienią 1930 r. OUN przeprowadziła ponad 2 tys. aktów sabotażu, napadów na majątki osadników i obiekty państwowe. Władze polskie odpowiedziały akcją pacyfikacyjną.

Terror OUN skierowany był także przeciwko Ukraińcom opowiadającym się za współpracą. Dowodzą tego liczby. Do 1939 r. OUN przeprowadziła 63 zamachy, których ofiarami w większości, bo w 36 przypadkach, padli inni Ukraińcy – zwolennicy współpracy z Polakami. Zginęło także 25 Polaków, jeden Rosjanin i jeden Żyd.

W sierpniu 1931 r. zabity został Tadeusz Hołówko, w czerwcu 1934 r. – minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Aresztowania zamachowców i Bereza trochę uspokoją nastroje. Do wyciszenia przyczyni się też śmierć Piłsudskiego. Pod wpływem chwili Ukraińcy rozpoczną akcję składania przysiąg na wierność Rzeczypospolitej. Odpowiednie księgi wyłożone zostały w starostwach i gminach, złożono tysiące podpisów.

Potem jednak historia znów zatoczy koło. Wróci terror, Józewski zostanie odwołany, Wojsko Polskie przeprowadzi pacyfikację.

Tuż przed wojną Melnik nadesłał z emigracji rozkaz zorganizowania powstania na rzecz wkraczających Niemców. Rebet, który uważał, że byłoby to działanie na rzecz Sowietów – odmówił. Od tej pory zaczął się podział na OUN (B) – banderowców, iOUN (M) –melnikowców. Obydwie frakcje zresztą współpracowały z Niemcami.

Bandera utworzył w porozumieniu z Abwehrą batalion ukraiński „Nachtigall”. Dowódcą niemieckim był por. Albrecht Herzner, ukraińskim dowódcą politycznym – Roman Szuchewycz alias „Taras Czuprynka”. Jednym z oficerów batalionu – Jarosław Stećko, polityk po studiach filozoficznych dwóch uczelni.

W 1941 r. „Nachtigal” będzie pomagał Niemcom zdobywać Lwów, potem zorganizuje pogrom Żydów. Zbrodnie na Żydach to równie czarna karta w dziejach OUN jak zbrodnie na Polakach. Ukraińcy zaczęli też masowo wstępować do organizowanej przez Niemców policji.

30 czerwca 1941 r. banderowcy ku zaskoczeniu Niemców ogłosili Akt Odnowienia Państwa Ukraińskiego i we Lwowie powołali rząd, na którego czele stanął Stećko. Lew Rebet został wicepremierem, Roman Szuchewycz wiceministrem spraw wojskowych, ministrem – mało dziś pamiętany członek rządu URL z lat 1919–1920, gen. Wsiewołod Petriw.

Rząd przetrwał 12 dni, prawie wszyscy jego członkowie zostali zatrzymani. Władze niemieckie dość długo próbowały skłonic ich do odwołania aktu niepodległości. Zarówno Stećko, jak Bandera odmówili i znaleźli się w Sachsenhausen. Rebet trafił do Oświęcimia, Szuchewyczowi udało się uciec.

Melnyk tymczasem kontynuował kolaborację – był jednym z inicjatorów stworzenia „Hałyczyny”, czyli 14. (ukraińskiej) dywizji SS Galizien. Dywizja powstała 28 kwietnia 1943 r., uroczystości odbyły się w katedrze św. Jura, poświęcenia wojska i sprzętu dokonał bp Josyf Slipyj. Dywizja złożyła przysięgę na wierność Hitlerowi, językiem obowiązującym okazał się niemiecki. „Hałyczyna” była używana zarówno do walk z Sowietami, jak i do czystek antypolskich. 28 lutego 1944 r. dokonała masakry Huty Pieniackiej (w pow. złoczowskim), gdzie wymordowała 800–1200 Polaków, 16 kwietnia – w Chodaczkowie Wielkim (co najmniej 862 ofiary), poza tym w kilkunastu innych miejscowościach. Mimo ugodowości również i Melnyk nie uniknie aresztowania – też trafi do Sachsenhausen.

Dla pełności obrazu odnotujmy, że oprócz melnykowców i banderowców istniała na Wołyniu trzecia siła – oddziały UPA – „Poleskiej Siczy”, których dowódcą był „Taras Bulba” (właściwe nazwisko Boroweć), były oficer Petlury, z zawodu kamieniarz. Upowszechnioną przez niego nazwę „UPA” przejmą potem oddziały organizowane przez Suchewycza.


Całość tekstu w tygodniku „Gazeta Polska” z dnia 16 lipca 2008 r.


 
powrót do listy wpisów

Ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski
Studio64 effata
Prawa autorskie do umieszczonych tekstĂłw | Kontakt
Jesteś 14232779 gościem na mojej stronie od godz. 12.00 dnia 01.06.2007
Strona używa plików cookies - wyłączenie obsługi jest możliwe w Państwa przeglądarce